„Przygody Merlina” („The Adventures of Merlin”) – sezon 4



Legendy o królu Arturze oraz jego nieodstępnym towarzyszu i doradcy, Merlinie, są jednymi z najpopularniejszych w naszej kulturze. Najpierw zawojowały literaturę, a ostatnimi czasy kino i telewizję. „Przygody Merlina”, serial wyprodukowany dla BBC, to jeszcze jedna wersja mitu, bardzo odległa od pierwowzoru.
Do tej pory serial liczy 4 sezony i na tym nie koniec. Zanim przejdę do sedna, czyli czwartego sezonu, który właśnie skończyłam oglądać, kilka słów o samym serialu.
Twórcy mocno namieszali w legendzie arturiańskiej. Osią fabuły jest bowiem proces dorastania Artura (księcia Camelotu), który stara się sprostać wymaganiom surowego ojca, Uthera oraz Merlina, młodego i niedoświadczonego czarodzieja. Cała akcja zaczyna się, gdy młody Merlin przybywa do Camelotu. Jest to ryzykowne, gdyż Uther nienawidzi magii oraz starej religii. Praktykowanie czarów w jego królestwie karane jest śmiercią. Merlin ratuje życie młodemu księciu i zostaje sługą Artura, z czego obaj nie są zadowoleni. Jednak po jakimś czasie panowie zawierają „szorstką przyjaźń”. W miarę rozwijania się serialu Artur dojrzewa do niesienia brzemienia króla, a Merlin do panowania nad niezwykłą mocą, jaką dysponuje od urodzenia.
Sam pomysł, by Artur przygotowywał się jako prawowity książę do objęcia tronu, jest odejściem od legendy. Haczyk polega na tym, że Artur był nieślubnym synem Uthera, nieświadomym swego pochodzenia. Opiekę nad nim sprawował Merlin. Dlatego tak ważny jest miecz wyciągnięty przez niego z kamienia. To był dowód, że Artur naprawdę należy do rodu Pendragonów. A że możnowładcy nie chcieli bękarta na tronie i wszczynali przeciw niemu bunt za buntem, to już zupełnie inna historia.
Z założenia serial odbiegał od oficjalnej i dobrze znanej legendy. O ile jednak jestem w stanie zrozumieć, że twórcom zależało na pokazaniu procesu dojrzewania bohaterów, to kompletnie nie rozumiem dlaczego (i skąd) w legendzie pojawiają się czarnoskórzy mieszkańcy Camelotu. Poprawność polityczna BBC ponad wszystko. Pal licho choć pozory historycznej poprawności.  Doprowadziło to do absurdu, jakim jest w serialu postać Gwen. Gwen właśnie, nie Ginewra, gdzie jej tam do Ginewry z legend arturiańskich. Zabawne jest to, że w celtyckim oryginale imię żony Artura brzmi Gwenhwyfar – „Biały Duch”. Na domiar złego, pomijając już typ urody, Gwen jest służącą oraz córką kowala. Jej ślub z Arturem w średniowieczu (i w legendzie) byłby niemożliwy. Kluczową rolę grało bowiem pochodzenie wybranki. Artur nigdy nie ożeniłby się z służącą, a jeśli by to zrobił, byłby skończony jako władca.
Moim zdaniem, Ginewrę powinna grać aktorka o takim typie urody, jakim jest obdarzona Katie McGrath (serialowa Morgana). Blada cera, czarne włosy – Śnieżka to typ urody preferowany w średniowieczu. Na blondynki przyjdzie czas później. A teraz parę zdjęć na potwierdzenie słuszności postawionej powyżej tezy:
Morgana w bieli:
 
Morgana i Gwen:

Katie i Bradley:
 
Angel Coulby, grająca Gwen, nie ma łatwego życia. Niestety dla niej, w tej postaci jak w soczewce skupiają się wady serialu – nadmierna poprawność polityczna, łamanie historycznego prawdopodobieństwa oraz głoszenie ckliwych kawałków na temat wspaniałości i wyjątkowości księcia, które czasami są w stanie doprowadzić człowieka do szewskiej pasji ;) 
Ale przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Do roli młodego Merlina bardzo dobrze pasuje Colin Morgan. Do twarzy mu też w wersji klasycznej, czyli w powłóczystej szacie i z długą, białą brodą. Merlin jest sympatyczny, niezgrabny, trochę naiwny, ale o dobrym sercu. No i jego nieśmiertelna chustka ;)
 
Bardzo dobrze spisuje się też Bradley James jako Artur Pendragon. Zadufany w sobie, przemądrzały bufon, ale w gruncie rzeczy poczciwina, który kompletnie nie ma podejścia do kobiet ;) 
 
Katie McGrath zarówno w wersji dobrej wychowanki Uthera jak i paskudnej wiedźmy jest równie wdzięczna. 
 
Nie gorzej spisują się też starsi aktorzy. Anthony Head wiarygodnie zagrał opętanego nienawiścią do magii i pewnego siebie władcę Camelotu, Uthera Pendragona, ojca Artura. Dlatego z pewnym zaskoczeniem przyjęłam jego popisy w odcinku z drugiej serii bodajże, gdy zakochał się w trollu. Zobaczyć zakochany wzrok dumnego Uthera, który jest zachwycony obrzydliwym trollem – bezcenne.


 
Do gustu przypadł mi też Richard Wilson w roli Gajusza, opiekuna młodego Merlina, który zastępuje mu ojca, jakiego nigdy nie miał. Jego wiedza nieraz ratuje młodego czarodzieja z opresji. Choć zdarza mu się przysnąć nad książką ;) I podobnie jak Uther, pokazał inną twarz, gdy opętał go żądny bogactwa stwór.
 
Ale przechodzę do rzeczy, czyli do czwartego sezonu. Niemal precyzyjnie można określić jego ramy czasowe. Zaczyna się bowiem celtyckim świętem Samhain (noc z 31 października na 1 listopada), a kończy innym ważnym dla Celtów świętem – Beltaine (30 kwietnia na 1 maja).
Uther jest już niezdolny do sprawowania władzy i praktycznie wszystkie obowiązki spadają na Artura. Po śmierci ojca zostaje koronowany na króla. W rządzeniu pomagają mu przede wszystkim Wujek Dobra Rada, brat matki Artura – Agravain, rycerze Camelotu – Leon, Perceval, Gwain, Elyan i Lancelot, oraz jak zwykle Merlin. No i Ginewra, oczywiście. Dołki pod ukochanym braciszkiem kopie zaś Morgana, w czym dzielnie sekunduje jej grający na dwa fronty Agravain. 
 
Tematem czwartej serii jest przede wszystkim dojrzewanie Artura do bycia królem. Już nie może chować się za ojcem, musi samodzielnie podejmować decyzje. No i tu oczywiście na plan pierwszy wysuwa się nieszczęsny wątek jego miłości do Gwen. Ale Artur zaczyna także rozumieć, że być może niekoniecznie cała magia jest zła, co stanowi pewną nadzieję na Merlina.
Odcinki ogląda się z zainteresowaniem, a nawet najmroczniejsze wydarzenia okraszone zostały charakterystyczną dla tego serialu dawką humoru. Brylują w tym zwłaszcza Artur i Merlin. Tak zdawałoby się poważne wydarzenia jak próby zamordowania Artura przez pozostającego pod wpływem czarnej magii Merlina, są raczej zabawne. Bo „majster z niego kiepski i do cechu nie należy” ;). Miejscami widać, że fabuła jest nieco naciągana, postacie pojawiają się w idealnym momencie tam, gdzie powinny itd. Nie podoba mi się też wybielanie Gwen i Lancelota. Ich zakazana miłość jest ważnym tematem legend arturiańskich. A tu wyszło tak, że i Gwen jest dalej tak idealna jak wcześniej, i Lancelot pozostał rycerzem bez skazy. Odcinek poświęcony ich „związkowi” zdecydowanie nie przypadł mi do gustu.
Tematy muzyczne są takie jak i w poprzednich sezonach. Nic specjalnego, ale i uszu nie drażni. Co innego niektóre efekty specjalne, zwłaszcza wykorzystane przy tworzeniu niektórych magicznych istot, te niekiedy bywają śmieszne. Ale krajobrazy nadal są ładne. Zwłaszcza Wyspa Błogosławionych.
Czwarty sezon jest podobny do poprzednich. Kto szuka lekkiego, niezobowiązującego serialu fantasy, i nie przywiązuje zbytniej wagi do przynajmniej pozorów poprawności historycznej, może oglądnąć z czystym sumieniem.
A tak na marginesie, ciekawa jestem, czy w „Przygodach Merlina” pojawi się św. Graal? Wielokrotnie wspomina się tam o starej religii, odrzuconej przez Uthera, ale nigdzie nie dojrzałam krzyży, kapłanów czy kościołów. No ale odpowiedź na pytanie dopiero w piątym sezonie. Pomyślcie o tym z Arturem, choć to czasem boli ;) 

Share this:

0 komentarze