„Przygody Merlina” („The Adventures of Merlin”) – sezon 5


Piąty sezon „Przygód Merlina” to zakończenie telewizyjnej opowieści o czarodzieju Merlinie i królu
Arturze. W serialowej rzeczywistości minęło kilka lat od zakończenia poprzedniego sezonu. Artur jest już samodzielnym władcą, Ginewra królową, a
Albion rośnie w siłę. Symbolem zmian w Camelocie jest Okrągły Stół, przy którym wszyscy rycerze są sobie równi. Jednak spokojne czasy szybko się kończą. Powraca Morgana Pendragon, o której słuch na długi czas zaginął. Jej moc wzrosła, a ona sama jest zdeterminowana, by zdobyć tron Camelotu, na którym zasiada jej brat, Artur. I nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. A także usunąć rywala krzyżującego jej szyki – tajemniczego czarodzieja Emrysa.
         Do Camelotu powraca też Mordred. Staje się najlepszym przyjacielem Artura, który nie ma pojęcia, że włada on magią, a wedle wszelkich przepowiedni ma zabić króla. Wszystkie nitki zbiegają się w czasie słynnej bitwy pod Camlann, która stanowi wielki finał piątego sezonu i całego serialu.
         Piąty sezon „Przygód Merlina” był zapowiadany jako najmroczniejszy z wszystkich dotychczasowych. Prawda to i kłamstwo zarazem. Prawda, bo więcej scen dzieje się w nocy ;) Do tego w scenach walki pojawiają się charakterystyczne zwolnienia, ale spokojnie, nic drastycznego się nie dzieje. Biorąc pod uwagę dotychczasowe sezony, ten z pewnością zasługuje na miano „najmroczniejszego”, ale tylko w takim zestawieniu. Porównując z innymi mrocznymi serialami, o ciężkiej, przygniatającej odbiorcę atmosferze, Merlin nie ma z nimi niemal nic wspólnego. Pozostał charakterystyczny humor, wieczne przekomarzania Merlina i Artura rozświetlające każdy mrok ;) . A moja ulubiona scena z piątego sezonu to, gdy Gajusz pomaga królowi się ubrać. Bo Merlin zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach.
         Efekty specjalne nie powalają, delikatnie rzecz ujmując. Zwłaszcza Diarmaid, którego ujrzałam na początku sezonu. Do dziś zachodzę w głowę, co to miało być? Do Wielkiego Smoka już się przyzwyczaiłam, ale Aithusa boleśnie kłuła w oczy. Dla równowagi twórcy zaserwowali piękne plenery. Więc ostatecznie wyszło na remis.
         Odnośnie aktorów. Bradley James, Colin Morgan i Katie McGrath trzymają poziom. Angel Coulby ufryzowana i w mocno wydekoltowanych sukniach jeszcze straciła na uroku. Choć w kilku odcinkach mi się podobała, ale nie powiem dlaczego.
Z nowych a ważnych postaci pojawił się dorosły Mordred, którego gra Alexander Vlahos i moim zdaniem został dobrze dobrany do tej roli. Nawet mi przypomina małego Mordreda (Asa Butterfield). Pomijam już milczeniem fakt, że Mordred urósł nad podziw, a wszyscy pozostali bohaterowie nie zmienili się ani trochę.
 Nieznośny jest patos, jaki momentami wylewa się z ekranowych dialogów. Nie dziwię się, że Artur jest taki zarozumiały. Gdyby ktoś przez cały czas powtarzał mi, jaką wspaniałą jestem władczynią, też rysowałabym nosem po suficie.
         Ogólnie, serial utrzymał poziom i zakończył się spektakularnie, w miarę zgodnie z legendą. Obejrzałam z przyjemnością.
SPOILER
Jeszcze słów kilka o samym zakończeniu. Żałuję, że Artur tak późno dowiedział się o tym, że Merlin jest czarodziejem. To powinno się stać już na początku sezonu, a nie te ciągłe podchody ze zmienianiem postaci, które może i są zabawne, ale czarodziej powinien stanąć oficjalnie przy boku króla. Skoro Artur poślubił służącą i uczynił rycerzami mężczyzn z pospólstwa, to i ten zakaz Uthera mógł zignorować.
Żałuję, że Graal nie pojawił się w ogóle.
Żałuję, że w końcówce dodano scenę, jak Ginewra zostaje królową Camelotu i więcej już pastwić się nad nią nie będę.
Cieszę się natomiast, że Artur nie przeżył i legenda zakończyła się tak jak powinna, z mocnym akcentem na przekonanie, że w najtrudniejszej dla Albionu chwili wielki król powróci.
I na koniec rodzinne zdjęcie.


Share this:

0 komentarze