Julian Hardy „Jazda na rydwanie”

Rynek książki bywa niezbyt łaskawy dla debiutantów, dlatego nieraz biorą oni sprawy w swoje ręce i wydają książki własnym nakładem. Tak też zrobił Julian Hardy (to oczywiście pseudonim), autor „Jazdy na rydwanie”.
         Książka traktuje o barwnym życiu Roberta Meissnera, któremu przyszło żyć w niezwykle ciekawych, ale i trudnych czasach. Akcja zaczyna się w Bydgoszczy w 1938 r., gdy Robert jest niezbyt popularnym uczniem gimnazjum, zmagającym się z traumami dzieciństwa. Z jednej strony z brakiem ojca, który nie uznał nieślubnego syna, a z drugiej – toksyczną matką. Bohater przeżywa pierwszą, młodzieńczą miłość i wszystkie związane z tym zawirowania, ale koleje jego życia wywraca do góry nogami II wojna światowa. Meissner rozpoczyna tułaczkę niemal po całym świecie. Jego przystankami będzie m. in. okupowany przez aliantów Hamburg, studia w Anglii, misja dyplomatyczna w Egipcie czy Francja. A losy wojenne, kariera szpiega i dyplomaty przeplata się z miłosnymi doświadczeniami bohatera (oj, sporo Hardy o tym pisze, ale do tego tematu jeszcze wrócę).
         Generalnie, autor odrobił lekcję, przygotowując się do pisania książki osadzonej w czasach historycznych. I dobrze, bo jeżeli ktoś bierze się za takie tematy, powinien wiedzieć, o czym pisze. A i czytelnik zawsze może zapoznać się z mniej znanymi historycznymi faktami.
         Fabuła książki przypomina – nomen omen – „Jazdę na rydwanie”. Jest szybko, dynamicznie, akcja przeskakuje z jednego miejsca w drugie, z wojny na froncie w rozgrywki szpiegów, z seksualnych doświadczeń bohatera w jego walkę z mafiosami i handlarzami żywym towarem.
         Jest jednak rzecz, która trochę mi w powieści Hardy’ego przeszkadzała – jego Robert to właściwie super Robert. Czego by się nie dotknął, wszystko mu się udaje. Czy to na froncie, czy w miłości, czy w prowadzeniu interesów. Jako jedyny wpada na pomysły biznesowe, na które nikt inny nie wpadł, a gdy wykłada angielskim kolegom z MI6 swoje teorie na temat wojny i Hitlera, opadają im szczęki. Za dużo tego, zdecydowanie za dużo. Nie ma żadnych przesłanek do tego, by Robert dysponował tak dużą wiedzą ekonomiczną czy historyczną. On po prostu ma to w sobie. I to czyni go postacią zupełnie nieprawdopodobną, a dla mnie wręcz irytującą.
         Druga rzecz, która drażni mnie w powieści Hardy’ego jest fakt, że to w dużej mierze powieść erotyczna, a dobrze wiecie, że takowych nie czytuję. Poczucie granicy dobrego smaku w opisywaniu scen seksu jest kwestią indywidualną, więc nie będę się nad tym rozwodzić, ale powiem krótko – za dużo tego, powtarzalne i nudne, więc bez wyrzutów sumienia przemknęłam nad nimi. Zalecałabym rozważenie użycia nożyc i wycięcia zupełnie niepotrzebnych scen.

A tak na marginesie, przy lekturze „Skalda” Malinowskiego wpadł mi w oko cytat:


Sztuką jest kierować okręt
przez oceanu otchłanie,
Sztuką – jazda na rydwanie,
Sztuką jest też miłowanie…
Owidiusz „Sztuka kochania”


         A że Julian Hardy w swoim tekście wielokrotnie cytuje wyżej wymienione dzieło Owidiusza, zdaje się, że kwestię genezy tytułu mamy już rozwiązaną. 

         I jeszcze jedno. Tak się ostatnio złożyło, że miałam okazję uczestniczyć w kilku dyskusjach dotyczących bagatelizowania znaczenia gwałtu i jego wpływu na literackie bohaterki. Hardy także wybiera ścieżkę, która mi się nie podoba. Otóż stworzone przez niego postacie kobiece marzą tylko o mężczyźnie, który je zniewoli. Uosabia to arabski kochanek, który przemocą zmusza do uległości. Nie miałabym z tym problemu, gdyby takie preferencje miała tylko jedna bohaterka np. Marion. Ale ten motyw w książce powtarza się kilkakrotnie – Linda, Lucy, Cippi, Lou
Lou. I staje się nie wyjątkiem, ale wzorem, a taka rzecz jest dla mnie nie do przyjęcia.
         Podsumowując, Julian Hardy ma potencjał, ale sporo pracy jeszcze przed nim.

Autor:  Julian Hardy
Tytuł:  „Jazda na rydwanie”
Wydawnictwo: Wydanie własne
Liczba stron: 550

Data wydania: 2017

Share this:

0 komentarze