Andrzej Ziemiański „Miecz Orientu”

Andrzej Ziemiański to nazwisko dobrze znane fanom fantastyki, choćby z „Achai”. Gdy natrafiłam w bibliotece na „Miecz Orientu” pomyślałam, a co mi tam, może czas się znajdzie i przeczytam? No i czas się znalazł.
         II wojna światowa, a właściwie jej ostatnie akordy. Wszędzie chaos i zamieszanie. Marek Brener ucieka z obozu i wycieńczony pościgiem postanawia schronić się w… innym obozie, na który natknął się w lesie. Jak to przeczytałam, serce mi ostrzegawczo piknęło. Bo nie powiem, rozwiązanie dość karkołomne i niewiarygodne. Ale czytam dalej.
         Obóz zagubiony na odludziu wśród lasów jest jednak dość dziwnym miejscem. Więźniowie nie pracują (nie licząc szycia worków), szwendają się gdzie chcą i w ogóle nie widują strażników, z wyjątkiem chwil, gdy wpadają oni, by skatować więźnia trudniącego się handlem żywnością. Zresztą tylko jego.
         Atmosfera nierealności rosła, ale wciąż liczyłam na sensowne powiązanie wątków i jasne zakończenie, więc brnęłam dalej. Tym bardziej, że było kilka ciekawych tropów – pokój wypełniony dziwacznymi dziełami sztuki, dom, który wciąż się zmienia. No i ten makabryczny „manicure” w wykonaniu Gosi. Niestety, wszystkie moje nadzieje umarły wraz z zakończeniem. Wątki zostały urwane w próżni. Trochę tak to wygląda jakby sam autor nie miał pomysłu, jak to wszystko zakończyć.
         No i ten nieszczęsny tytuł. Ani mieczy ani Orientu w książce nie uświadczysz, nawet w sensie metaforycznym. Tytuł ładny, ale kompletnie bez związku z treścią powieści.
Słabiutko.

Autor: Andrzej Ziemiański
Tytuł: „Miecz Orientu”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 324
Data wydania: 2006

Share this:

0 komentarze