Fantastyka jest kobietą – czyli 5 polskich autorek, z których twórczością należy się zapoznać

Dzisiejszy wpis został zainspirowany notką Ninedin z Legendum est na temat książek z gatunku fantastyki, które wyszły spod pióra kobiet. A cała sprawa zaczęła się od angielskiej listy 100 najlepszych tytułów Lista
Ja jednak w swoim wpisie skupię się na polskich autorkach. Oczywiście, wybór jest jak najbardziej subiektywny, a kolejność alfabetyczna.


1.      Białołęcka Ewa
Autorka cyklu fantasy „Kroniki Drugiego Kręgu”, na który składają się tomy: „Tkacz iluzji” (powiązany fabularnie zbiór opowiadań), powieści: „Kamień na szczycie”, „Piołun i miód” oraz tom, który pojawił się w zapowiedziach dawno temu, ale do tej pory nie został opublikowany – „Czas złych baśni”. Niestety, nie wiem, czy kiedykolwiek się go doczekamy.   
Ale przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Ewa Białołęcka, jak to zwykle w fantasy bywa, na potrzeby „Kronik Drugiego Kręgu” wykreowała własny świat i własną koncepcję magii. A więc naczelna zasada jest prosta – za wszystko trzeba zapłacić. Za magię również. A cena jest bardzo wysoka i proporcjonalna do talentu magicznego. Im większy talent, tym znaczniejsza ułomność fizyczna. Na przykład Kamyk, któremu samowolnie przyznaję funkcję głównego bohatera, jest głuchoniemy. Inni bohaterowie mają nierozwinięte nogi, są albinosami albo porośli sierścią. Łatwo przewidzieć, że każde takie odstępstwo od normy nie przysparza społecznej aprobaty.
W uniwersum Białołęckiej czarodzieje nie mogą korzystać z różnych rodzajów magii, tylko jednej, konkretnej specjalizacji. Wspomniany już Kamyk jest Tkaczem Iluzji. A są także m. in. Wędrowcy czy Stworzyciele.
Cykl „Kronik Drugiego Kręgu” wyróżnia przede wszystkim klimat. Nie ma w nim szaleńczego tempa akcji ani głupiego machania różdżkami. Jest za to grupa nastoletnich, dobrze wykreowanych bohaterów, którzy po wpływem przeżytych wydarzeń zmieniają się i dorastają. A droga do dorosłości nie jest ani przyjemna ani łatwa. Urzekły mnie też tak zdawałoby się powszechne w literaturze fantastycznej smoki. Bo smoki u Białołęckiej są, cholibka, zmyślne, ale to akurat nikogo dziwić nie powinno. Lecz poza tym zmieniają kształty, są porośnięte futrem, a ich sposób myślenia jest bardzo ciekawy. Waszej uwadze polecam relacje Kamyka z Pożeraczem Chmur.
Ten cykl mnie oczarował i mam nadzieję, że doczekam się (wreszcie) zakończenia, bo jak wiadomo koniec wieńczy dzieło.

2.      Brzezińska Anna
To z kolei autorka, która świetnie pasuje do dzisiejszej tematyki, ponieważ swego czasu podejrzewano, że… jest mężczyzną ukrywającym się pod pseudonimem, bo przecież żadna kobieta nie może pisać w ten sposób. Oddam głos autorce:

Jako czytelnik właściwie się nie zastanawiam, jakiej płci jest autor, dla mnie to pomijalne. Pamiętam, że kiedy napisałam 'Zbójecki gościniec', pojawiły się opinie, że muszę być mężczyzną pod pseudonimem, bo to niemożliwe, żeby kobieta pisała w ten sposób, a jeśli już - to na pewno pokręcona i paskudna. Zresztą, zawsze w takich okolicznościach przypomina mi się dowcip, który swego czasu krążył po amerykańskim fandomie - mianowicie, że mężczyźni pisują najlepszą fantastykę, a już szczególnie James Tiptree Jr (dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że to pseudonim Alice Sheldon)*.

         Z jej twórczości polecam Cykl o Twardokęsku składający się z czterech tomów: „Plewy na wietrze”, „Żmijowa harfa”, „Letni deszcz: Sztylet” i „Letni deszcz: Kielich”. Wyróżnia go mroczna, ciężka atmosfera w niezwykły sposób połączona z poetyckimi wstawkami i rubasznym, dosadnym humorem. Krainami Wewnętrznego Morza niepodzielnie rządzą bogowie: okrutni, złośliwi, mściwi i kompletnie niezrozumiali dla ludzi.
         W tym paskudnym świecie próbują przetrwać bohaterowie. Szarka, wojowniczka norhemnów. Twardokęsek, dowódca bandy zbójów terroryzującej Góry Żmijowe i najbardziej poszukiwany przestępca w Krainach Wewnętrznego Morza. Koźlarz, dziedzic bez królestwa, jeżdżący w kohorcie boga Org Ondrelssena i władający niezwykłym mieczem żalnickich kniaziów.
         Już tak krótki opis pokazuje bogactwo inspiracji autorki. Weźmy Koźlarza, króla tułacza, którego prawo do tronu uprawomocnia niezwykły miecz. Podobny motyw znamy z „Władcy Pierścieni”, a ma on swoje źródła w skandynawskiej „Sadze o Wölsungach” czy legendzie o królu Arturze. A kohorta Orga Ondrelssena przypomina złowrogi Dziki Gon. Anna Brzezińska jest z wykształcenia mediewistką i świetnie potrafi przekuć swoją wiedzę w tkankę fabuły.
         Wyróżnikiem kreowanych przez nią bohaterów jest to, że są oni antybohaterscy. W cyklu o Twardokęsku nie ma podziału na dobro i zło, są bohaterowie i ich pragnienia, a najważniejszym jest wyrwanie z roli określonej przez przeznaczenie.
         W ten ponury klimat wpisuje się sposób traktowania magii w świecie Krain Wewnętrznego Morza. To nie dar, lecz przekleństwo, nad którym śmiertelnicy nie panują. Symbolem tego jest jaśminowa wiedźma, która sprowadziła okrutną śmierć na swoją rodzinę, a była zbyt głupia, by za pomocą czarów ich  uratować.
         Ten, kto nie zna cyklu o Twardokęsku, koniecznie powinien nadrobić zaległości. A jeżeli tematyka wydaje mu się dość przytłaczająca, polecam lżejszą odmianę, choć nadal pozostaniemy w Krainach Wewnętrznego Morza – cykl opowiadań o przygodach Babuni Jagódki: „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” i „Wiedźmę z Wilżyńskiej Doliny”. A Babunia Jagódka to nie byle kto, ale najważniejsza persona w okolicach Gór Żmijowych i nie tylko.
W opowiadaniach autorka podejmuje zabawę z popularnymi motywami baśniowymi, które jednak w świecie zwykłych ludzi, kierujących się niezbyt szlachetnymi pragnieniami, nigdy nie kończą się dobrze.
         Podobne założenia – podjęcia gry z baśnią, legendą i mitem oraz pokazanie procesu przemiany historii w mit – legły u podstaw konstrukcji mojej ulubionej książki Anny Brzezińskiej, którą zostawiłam sobie na deser: zbioru opowiadań „Wody głębokie jak niebo”. Już sam tytuł daje pojęcie o poetyckości języka, którym zostały one napisane. Całości stylizacji dopełniają śródziemnomorskie nawiązania. „Wody głębokie jak niebo” to książka tak piękna jak jej tytuł. To nie oznacza: wesoła, bo tragizm i smutek są w niej wszechobecne. Nad wszystkim unosi się ponure widmo historii: nawet największe uczucia po latach i tak okazują się tylko cieniem. Co więcej, cieniem zniekształconym i okaleczonym przez kruchą ludzką pamięć.

3.      Kańtoch Anna
Z twórczości tej autorki szczególnie polecam recenzowaną już na tym blogu trylogię „Przedksiężycowych”. To cykl, w którym twarde science fiction płynnie przenika się z magią. Anna Kańtoch z tak znanych motywów jak kosmiczna ekspedycja odkrywająca zaginione miasto, wybraniec, rewolucja i sztuczne inteligencje tworzy mieszankę o zupełnie nowym smaku. Jej Lunapolis jest zarazem piękne, dekadenckie i obłąkane.
          A poniżej linki do recenzji poszczególnych tomów:


4.      Kossakowska Maja Lidia
Z twórczości autorki polecam cykl „Zastępy anielskie”, na który składa się tom opowiadań „Żarna niebios”, powieści: „Siewca wiatru”, dwa tomy „Zbieracza burz” i świeżynka wydawnicza – pierwszy tom „Bram światłości”.
Bóg odszedł, ale pozbawieni jego opieki mieszkańcy niebios i piekieł muszą sobie jakoś radzić. A na początek – zawrzeć sojusz i ukryć fakt odejścia Pana przed postronnymi. W cyklu Kossakowskiej anioły nie są anielskie, a diabły diabelskie. Powiedziałabym, że i jedni i drudzy są po prostu ludzcy, mają swoje wady, zalety, słabości i dążenia. I nieustannie zmagają się z zagrożeniami. Wojnami, buntami, a nawet majaczącą w tle apokalipsą.
Lubię bohaterów Kossakowskiej. I to zarówno tych z Głębi, jak Lampkę i Zgniłego Chłopca, jak i niebiańskich – niespokojnego Tańczącego na Zgliszczach czy czterech młodych wilków – archaniołów, którzy przejęli władzę w niebie.
Ale nie martwcie się, z kart książki wieje nie tylko śmiertelną grozą. Jest zabawnie, przewrotnie i gęsto od popkulturowych nawiązań. W mojej głowie cykl Kossakowskiej zawsze stoi obok serialu „Supernatural”. Jeszcze nie czytałam „Bram światłości”, ale ponoć Pan ma powrócić. Nie dziwię się – w „Supernatural” już wrócił. A co innego może zaskoczyć czytelników po Apokalipsie?  

5.      Krajewska Marta
Autorka, której debiutancką powieść „Idź i czekaj mrozów” recenzowałam na blogu niedawno. Myślę, że tkwi w niej duży potencjał, a poza tym cztery wymienione wcześniej autorki debiutowały znacznie wcześniej, a Marta Krajewska jest (mam taką nadzieję) przedstawicielką nowej fali w polskiej fantastyce.
W „Idź i czekaj mrozów” autorka świetnie splata inspiracje z mitologii słowiańskiej z tą, wymyśloną na potrzeby wykreowanego w swojej książce świata.

Zgadzacie się z moimi typami? Czy polecacie książki innych polskich autorek?


Share this:

2 komentarze

  1. Czytałam książki Ewy Białołęckiej, Anny Brzezińskiej i Mai Lidi Kossakowskiej. Najlepszy był cykl o zbóju Twardokęsku i bardzo dziwi mnie, że pani Brzezińska jest tak mało znana, naprawdę pisze świetnie i zasługuje na większą popularność. W planach mam debiut Marty Kraszewskiej, a cykl Przedksiężycowi własnie dopisuję sobie do listy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię Annę Brzezińską, to jedna z moich ulubionych pisarek. Wydaje mi się, że kilka lat temu była bardziej popularna. Jednak już od jakiegoś czasu nic nie opublikowała i tak jakby popadła w zapomnienie. A wielka szkoda, gdyż jej twórczość jest absolutnie warta poznania.
      "Przedskiężycowych" serdecznie polecam. Nie zawiedziesz się :)

      Usuń