Witold Jabłoński „Słowo i miecz”


Powieści piastowskich jest w polskiej literaturze wiele. Najwięcej pojawiło się po II wojnie światowej. Szczególne zainteresowanie budziła postać Bolesława Chrobrego – pisał o nim Karol Bunsch, Antoni Gołubiew, Teodor Parnicki i Władysław Grabski. Jednak powieść Witolda Jabłońskiego, choć dotyczy tych samych czasów, jest powieścią zupełnie różną. Nie tylko dlatego, że śmiało sięga po elementy fantastyczne. Od dzieł wyżej wymienionych twórców różni ją przede wszystkim punkt widzenia. Historia Polski i poczynania Piastów przedstawione są z pozycji wyznawców Welesa, Chorsa i Peruna. Tych, którzy przegrali i o których racjach historia zapomniała.
         Główną bohaterką powieści jest Dziewanna, zwana później Żywią, kapłanka Wielkiej Bogini, a poza tym matka Miecława, księcia, który po buncie przeciw wprowadzanej przez Piastów religii chrześcijańskiej, utworzył udzielne księstwo na Mazowszu i stoczył walkę o władzę z Kazimierzem Odnowicielem.

         Książka spięta jest klamrą – bitwą pod Płowcami w 1047 r., w której starł się wierny dawnym bogom Miecław, wspierany przez Prusów i Jadźwingów z Kazimierzem Odnowicielem. Po wstępie, w którym wojska szykują się do bitwy, czytelnik poznaje wydarzenia, które doprowadziły do krwawej rozprawy.
         Oprócz całkiem realnej i poświadczonej historycznie walki, na drugim planie, fantastycznym, toczy się zupełnie inna rozgrywka. Żywia, świadoma, że upadek jej bogów jest bliski, decyduje się na ryzykowny krok – uwolnienie z łańcuchów spętanego Czarnoboga spoczywającego w zatopionym mieście Weneda. W tym celu Żywia i jej drużyna – berserkir Mścigniew, jeden z Synów Drzew, Andaj i guślarz, sługa Welesa, Widun – muszą pokonać wiele przeszkód, zdobyć magiczny artefakt, a w końcu pokonać liczne pułapki w przeklętym mieście. Nie będzie to łatwe, gdyż słudzy Chrystusa, zwani czerńcami, także mają nielichą moc. Zwłaszcza ci, którzy należą do tajnej i potężnej organizacji, Glaudius Dei. Są świadomi zagrożenia, jakie niesie uwolnienie Czarnoboga i zrobią wszystko, by zapobiec słowiańskiej apokalipsie.
         „Słowo i miecz” sięga po motywy znakomicie znane z powieści fantasy – drużyna bohaterów poszukująca magicznego artefaktu to oczywisty przykład. Ale czerpie przede wszystkim z mitologii słowiańskiej i muszę przyznać, że wizerunki bogów, ich motywacje, relację między naszym światem a Nawią, ogrom demonicznych stworzeń (płanetników, wił, skrzatów) przepowiednie, a w końcu niezwykle klimatyczne lokalizacje są ogromną zaletą książki. Moim ulubionym miejscem akcji jest zatopione miasto Weneda. Zresztą świetnie pokazuje ono wielość źródeł, do których nawiązał W. Jabłoński. Oczywiście, mitologia słowiańska, ale też cała masa opowieści o zalanych wodą miastach, wśród których w tym przypadku nasunęły mi się zwłaszcza dwa skojarzenia. Historia upadku i zagłady Numenoru z „Silmarillionu” Tolkiena, a także opis pogrążonego w morskich odmętach R’lyeh, gdzie drzemie pradawne zło i opuszczonego miasta Starszych Istot („W górach szaleństwa”) znanych z prozy H. P. Lovecrafta.
         Podoba mi się także pomysł „sztukowania” braków w wiedzy o wierzeniach Słowian legendami rodem z mitologii skandynawskiej. Jak choćby historia o skradzionym młocie Thora. Z tym, że u Jabłońskiego Perun jest Odynem, Thor Swarożycem, Weles – sprytnym Lokim, a Freją, która nie chciała olbrzyma za męża – Dola.
         „Słowo i miecz” pod względem otoczki mitologicznej, korzystania z okruchów wiedzy o wiary naszych przodków, prezentuje się znakomicie. Jest jednak pewien haczyk. Powieść dotyczy konkretnych czasów historycznych. Autor kreuje wszystkich chrześcijan (zwłaszcza księży) i Piastów na istoty z piekła rodem – okrutnych, rozpustnych i do gruntu złych. Nie ma tu mowy o jakimkolwiek wyjątku. Oberwało się Bolesławowi Chrobremu, oberwało Mieszkowi II i na końcu Kazimierzowi konsekwentnie nazywanemu Kazimierzem Karolem, a nie Odnowicielem. Wszyscy są pokazywani jako sprzymierzeńcy obcych duchowi słowiańskiemu nacji, a nawet, o zgrozo, jako członkowie tajnych, wszechpotężnych, kościelnych organizacji. Skąd my to znamy? Tajne organizacje sterujące losami świata – nudne.
To jedna kwestia. Nie podoba mi się także pokazywanie wszystkich Piastów jako agentów obcych sił i ignorowanie oczywistego faktu, ze takie, a nie inne decyzje były koniecznością i pozwoliły ich państwu na przetrwanie, czego np. o Wieletach czy Obodrzycach powiedzieć nie można. A już w ogóle za niesmaczne uważam nadanie trzem łotrom szczególnie ostro zwalczającym czcicieli dawnych bóstw imion od nazwisk twórców polskich powieści piastowskich – „Sas Bunsch, ruski renegat Gołub i Pomorzanin Parnic”. Gdyby ktoś nie załapał – chodzi oczywiście o Karola Bunscha, Antoniego Gołubiewa i Teodora Parnickiego, autorów powieści historycznych. Ciekawe tylko, dlaczego nie oberwało się Władysławowi Grabskiemu za „Sagę o jarlu Broniszu”?
Wydawca określa powieść W. Jabłońskiego jako polską „grę o tron”, ale nie dajcie się zwieść chwytowi marketingowemu. Na ten tytuł o wiele bardziej zasługuje Cherezińska, a porównanie z cyklem G. R. R. Martina bardziej książce szkodzi niż pomaga. Zresztą autor chyba nie miał takich intencji.
Mam z tą książką pewien problem. Z jednej strony doceniam wykorzystanie naszej rodzimej mitologii, sporą sprawność pisania, świetny klimat, z drugiej zupełnie nie zgadzam się z ideologią, którą historia została okraszona. No cóż, wygląda na to, że tym razem musicie zdecydować sami, czy warto sięgnąć po „Słowo i miecz”.

 
Autor: Witold Jabłoński  
Tytuł: „Słowo i miecz”
Wydawnictwo: SuperNowa
Liczba stron: 648
Data wydania: 2013

Share this:

2 komentarze

  1. Powieści piastowskie to coś dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zatem zachęcam do lektury - trochę inny punkt widzenia, więcej fantasy i mitologii słowiańskiej :)

      Usuń