„Kroniki Shannary”

To żadna tajemnica, że uwielbiam fantasy. Także to klasyczne, gdy bohaterowie zbierają drużynę i wyruszają ratować świat. Nie mogłam więc nie obejrzeć serialu „Kroniki Shannary”, z którego kadry (zwłaszcza przypadło mi do gustu Ellcrys, jest cudowne) budziły nadzieję. Nie nastawiałam się oczywiście na jakieś cuda niewidy, bo w końcu to serial realizowany przez MTV - czyli w domyśle – głównie dla młodszych odbiorców, a ja co prawda jestem młoda, ale nie aż tak ;)
         Serial powstał na podstawie powieści Terry’ego Brooksa. Nie czytałam, więc moja recenzja będzie dotyczyć tylko i wyłącznie serialu.  

Historia
         Drzewo Ellcrys to swoista pieczęć. Chroni Cztery Krainy przed atakiem demonów. Gdy cudowne drzewo zaczyna obumierać, nad światem zawisła groźba zagłady. Każdy spadający liść to jeden uwolniony demon. A gdy Ellcrys uschnie, pełnię sił odzyska najgroźniejszy z nich – Dagda Mor. By ocalić świat, trzeba zdobyć nowe nasiono niezwykłego drzewa i cisnąć je do Krwawego Ognia. Do tej misji Ellcrys wybrało trójkę młodych bohaterów – księżniczkę elfów Amberle, pół – elfa, pół - człowieka Willa, ostatniego potomka Shannary oraz dorastającą w niewoli złodziejkę Eretrię.

Uwaga, będą spoilery!
         Nawet tak krótki opis pokazuje dobitnie, że fabuła „Kronik Shannary” wykazuje silne podobieństwa do „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena. I rzeczywiście, jest wiele scen w serialu, które nie pozwalają o tym zapomnieć. Dodatkowo, nakręcono go w plenerach Nowej Zelandii, więc wizualnie przypomina film Petera Jacksona. Jak przypuszczam, akurat jeżeli chodzi o fabułę, twórcy serialu opierali się na materiale powieściowym, za który odpowiada Terry Brooks, więc trudno ich obwiniać o te podobieństwa.
         Fajnym zabiegiem jest za to wkomponowanie historii, która na pozór dzieje się w wymyślonym świecie, w przyszłość ludzkości. Takie zabiegi pojawiły się już w fantasy, ale w „Kronikach Shannary” też wypadły dobrze. Zwłaszcza w początkowych odcinkach, gdy mogliśmy się tylko domyślać, co stało się z ludzkością. Pewnym ułatwieniem była oczywiście czołówka, która zdradzała to i owo.
Jednak mam pewien problem z umiejscowieniem czasu akcji. Bo z jednej strony upadek ludzkości nastąpił tak dawno, że wszyscy zapomnieli o potędze ludzi, a podróże do gwiazd są tylko bajką niewartą uwagi poważnego człowieka, z drugiej – co i rusz bohaterowie natykają się na świetnie zachowane pozostałości dawnego świata. Trochę to niespójne.
Jednak największą bolączką serialu są główni bohaterowie. Oczywiście skoro mamy ich trójkę, to musiał się pojawić trójkąt miłosny. Tyle że ten trójkąt jest miłosny tylko z nazwy, bo młodzi aktorzy nie potrafią wykrzesać z siebie żadnych emocji. O ile Ivana Baquero (Eretria) stara się, a jej zbuntowana bohaterka ma w sobie pewien potencjał, to Poppy Drayton (Amberle) i Wil (Austin Butler) to dno kompletne. Tak to się kończy, gdy wybiera się aktorów do roli tylko ze względu na ładną buzię. Gdy ta trójka snuje się samopas po ekranie, robi się naprawdę niebezpiecznie i dla serialu i dla widza, który nawet nie podejrzewając się o jakiekolwiek ambicje aktorskie, zaczyna myśleć, że sam zagrałby to przecież lepiej.
Pewną osłodą jest Manu Bennett w roli druida Allanona. To taki odpowiednik Gandalfa. Facet, który wiele widział, wiele przeżył, nosi w sobie pewną tajemnicę i tragiczną przeszłość. Gdyby on był głównym bohaterem „Kronik Shannary” serial z pewnością by na tym zyskał.
Jest moc. 

Z przyjemnością obejrzałam także Johna Rhys – Daviesa w roli króla Eventine’a. Tak nam wyrósł Gimli. Ogólnie, do magicznego królestwa elfów nie mam większych zastrzeżeń. I wizualnie, i aktorsko prezentuje się nieźle. Może bez fajerwerków, ale ma swój klimacik.
Muszę się przyznać, że pomyliłam nawet dwóch serialowych elfów. Z pewnością kojarzycie Andera Elessedila (Aaron Jakubenko), syna króla elfów. Byłam święcie przekonana, że to on jest osobistym strażnikiem w wyprawie do Krwawego Ognia. Dopiero potem usłyszałam imię „Crispin” i zdałam sobie sprawę, że jest ich dwóch. Czas odwiedzić okulistę ;)

Serial zaczyna się całkiem nieźle, niestety wraz z upływem kolejnych odcinków tempo spada, a apogeum tego procesu następuje w finale. To, co powinno być najmocniejszym punktem sezonu, jest najsłabsze. Bohaterowie oddają się uczuciowym rozterkom w chwili, gdy ważą się losy świata. Ellcrys naprawdę jest kiepska w typowaniu wybrańców. Obrońcy zamiast utrzymywać pozycję, w której mają przewagę, szarżują przez dół, by walczyć z demonami. Już nie wspomnę, że wcześniej podważano sens misji mającej na celu wrzucenie nasiona w Krwawy Ogień. Takich kwiatków fabularnych jest więcej, ale w finale szczególnie kłuły w oczy.
W „Kronikach Shannary” zawiódł „czynnik ludzki”. Klisze fabularne to jak podejrzewam po przeczytaniu kilku recenzji w dużej mierze wina książek Brooksa. Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Wyzwaniu nie sprostali także młodzi aktorzy – aktorzy tylko z nazwy.

Widać, że na serial wyłożono niemałe pieniądze. Piękne plenery, niezłe efekty specjalne i kostiumy – tutaj wszystko gra. Ogólnie, mimo pewnych wad i okresowego zgrzytania zębami, „Kroniki Shannary” oglądało mi się całkiem nieźle. Przyjemna (zazwyczaj) niezobowiązująca rozrywka, która będzie miała kolejny sezon. Zdaje się, że ktoś tu nam przeszedł na ciemną stronę mocy. 

Share this:

7 komentarze

  1. Również uwielbiam ten serial.
    Tylko nie wiem czemu ale ostatnio po głowie mi chodzi Eretria i Cryspin jako razem.




    Jestem chora. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może być dość trudne, zwłaszcza, że Crispin nie żyje. No chyba że powróci jako romantyczne zombie ;)

      Usuń
    2. To bardzo świetny pomysł! Romatyczny Cryspin wersja Zombie i Eretria. Kto sie podejmie tego zdania! :D

      Usuń
    3. To bardzo świetny pomysł! Romatyczny Cryspin wersja Zombie i Eretria. Kto sie podejmie tego zdania! :D

      Usuń
    4. A o to niech się już scenarzyści martwią ;)

      Usuń
  2. Oglądałam pierwszy odcinek i jakoś nie zagrało... Nie wciągnęłam się za bardzo, poza tym to wszystko wydało mi się... hmm... zbyt sztampowe. No nie wiem, w każdym razie reszty już nie widziałam. I masz rację, o ile Baquero jeszcze dawała radę, to pozostała dwójka głównych aktorów była strrrasznie drewniana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę bardzo spoilerować, skoro nie widziałaś całości, ale z tym drewnem aktorskim jest powiązany nawet finał sezonu ;) Nie da się ukryć, że "Kroniki Shannary" bazują na znanych z wielu opowieści fantasy schematach. Tak jest ponoć napisany cykl Brooksa (tutaj opieram się na informacjach z drugiej ręki, bo sama nie czytałam), więc scenarzyści nie mieli imponującego pola manewru. Ale mimo wad jakoś mnie wciągnęło. Zresztą cóż to jest 10 odcinków? :)

      Usuń