„Wystroimy się paradnie i zginiemy śmiercią bohaterów” – Leigh Bardugo „Ruina i rewolta” („Ruin and Rising”)

Stolica Ravki upadła, car zbiegł, a Darkling zasiadł na tronie. Pokonana Alina znalazła schronienie u Apparata i zgromadzonych przez niego fanatyków, którzy czczą ją jako Świętą. Ukryta w podziemnym labiryncie, osłabiona po walce i nie mogąca przyzywać bohaterka zaczyna rozumieć, że Biały Sobór to nie schronienie, a cela więzienna. A ona musi odnaleźć ognistego ptaka i raz jeszcze zmierzyć z Darklingiem.
         Fabuła trzeciej części trylogii Grisza „Ruina i rewolta” podąża śladem wielu innych dzieł fantasy. Po kontrataku zła i jego triumfie w drugiej części, przychodzi czas na odbudowanie i przegrupowanie sił, stworzenie drużyny, a wreszcie to, na co wszyscy czekają od początku – ostateczne starcie między Darklingiem i Aliną. I jak się to wszystko skończy – walka o władzę oraz serce przyzywaczki słońca.
         Przez większość tomu akcja rozwija się całkiem nieźle – odkrywamy wszystkie tajemnice Morozova, mamy okazję powzdychać nad ciężkim losem bohaterów i się o nich pomartwić (Mikołaju, co oni z tobą zrobili), by dojść do wielkiego finału. No właśnie, zakończenie. Zupełnie się mi nie podoba.

Uwaga spoilery
         No cóż, żeby dokładnie opisać, co mi się w zakończeniu nie podoba, muszę zdradzić fabularne szczegóły. Po pierwsze – zmartwychwstanie Mala. No nie, to jest dopiero numer. Już pomijam fakt, że to ostatecznie on okazał się poszukiwanym wzmacniaczem, ale pachnie to rozwiązaniem deus ex machina. W finale powinna być drama, czytelnik powinien się wzruszyć, główna bohaterka poświęcić wszystko – i tak jest, gdy nagle – ta dam! Zwrot akcji. Mal nie jest co prawda kotem, bo ma tylko dwa żywoty, a nie dziewięć, ale jak to? Zabili jedno życie, a drugiego nie? Nie ogarniam.
         W tym momencie poświęcenie Aliny jest bez sensu, okazuje się tylko tanią jarmarczną sztuczką. Podobnie jak wprowadzenie tak dramatycznego momentu przez autorkę, by zaraz odwrócić kota ogonem. Nieładnie. Jakoś mi się kocie porównania przyplątały do tekstu ;)
         Po drugie – epilog. Pozbawieni mocy bohaterowie odchodzą, by zacząć nowe, spokojne życie na uboczu, z dala od zgiełku tego świata. Jakby wszystko, co przeżyli, nie wycisnęło na nich większego piętna. Było, minęło. Trudno mi też uwierzyć, że oboje, ot tak, zrezygnowali z pokus tego świata, zwłaszcza Alina, której ciągoty do władzy były nieodłączną częścią jej charakteru. Jak na mój gust, jest zbyt cukierkowo.
         Po trzecie – zdziwiłabym się, gdyby wątek romansowy zakończył się inaczej niż związkiem Aliny i Mala. Chociaż autorka miała tu pewne pole do popisu. Chętnie zobaczyłabym razem Alinę i Darklinga, ale zdaję sobie sprawę, że było to mało prawdopodobne rozwiązanie. Choć – po latach mogłaby się narodzić nowa przyzywaczka słońca, która spełni misję, niewykonaną przez poprzedniczkę. I kolejna trylogia gotowa.
          Ciekawym połączeniem (i nie całkiem niemożliwym) byłby za to związek Aliny i Mikołaja po tym, jak Mal zamiast zmartwychwstawać, umarł jak należy.
         Ale żeby nie było, że nic mi się w zakończeniu nie podoba, to jest to wielka mistyfikacja. Lubię takie rozwiązania. Życie sobie, legenda i mit sobie.
Koniec spoilerów


         Mimo swoich wad (schematyczna fabuła i niezbyt ciekawa dwójka głównych bohaterów) trylogia Grisza całkiem mi się podobała. Jej wielką siłą są postacie drugoplanowe. Nieoczywisty czarny charakter Darkling, a przede wszystkim książę, korsarz, Król Blizn – Mikołaj. Ot, kozacka fantazja.

– A jeśli nie znajdzie?Mikołaj wzruszył ramionami.
         – Wystroimy się paradnie i zginiemy śmiercią bohaterów.
         L. Bardugo, „Ruina i rewolta”, s. 231.

         Seria broni się także całkiem niezłym klimatem, silnie zainspirowanym carską Rosją w połączeniu z magicznym światem Griszów. To zagrało bardzo dobrze. Podobnie jak splecienie magii z religią. Święta Alina od Fałdy – to brzmi naprawdę nieźle.
         Trylogia Grisza nie jest dziełem wybitnym, ale dobrze się bawiłam przy jej czytaniu. Doceniam urok.


Wpis bierze udział w wyzwaniu „Czytam fantastykę V” z blogu „Magiczny świat książki”


Autor:  Leigh Bardugo           
Tytuł:  „Ruina i rewolta”
Cykl: Grisza
Tłumaczenie: Anna Pochłódka – Wątorek    
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc  
Liczba stron: 448
Data wydania: 2015


Share this:

2 komentarze

  1. No dokładnie tak! :D
    SPOILERY
    Ta mistyfikacja jest fajna. Tworzą ten mit o świętej Alinie, a tak naprawdę... Ale ja też byłam rozczarowana zakończeniem. Zmartwychwstanie Mala było naprawdę słabe - no właśnie, Bardugo jakby zmarnowała to poświęcenie Aliny. I zresztą... no ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby on sobie po prostu umarł :P I boli mnie ten wątek miłosny, bo tylu tu fajnych panów do wyboru, a bohaterka kończy z tym najnudniejszym. No, wiedziałam, że nie może skończyć z czarnym charakterem, ale co tam, ja bym była za :D
    Mikołaj jest super, ale jakoś nigdy go tak do końca nie widziałam z Aliną...? Nie wiem (może za bardzo byłam za Darklingiem^^). Ale wolałabym takie rozwiązanie sto razy bardziej.
    I ta utrata mocy, to usunięcie się w cień... No po prostu czułam jakiś niedosyt, byłam rozczarowana tym wszystkim.
    SPOILERY!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. SPOILERY
      Myślę, że nie byłabym tak rozczarowana zakończeniem, gdyby wcześniej Bardugo nie zasugerowała innych możliwości. A było inaczej, dlatego żal zmarnowanego potencjału.
      Ja wiem, że jesteś drużyna Darklinga ;) Jednak mnie Alina całkiem pasowała do Mikołaja. Niestety, Mal i tak wygrał. Na jednym z blogów przeczytałam, że to historia jak ze Skrzetuskim i Bohunem. I w sumie coś w tym jest. Mal nudny, ale przewidywalny?
      Moim zdaniem zakończenie bardzo słabe. I to ich szczęśliwe życie bez trosk - jak w kiepskim filmie, ech...
      SPOILERY.

      Usuń